blog Justyny Czebanyk

babcia-wnuczka-relacja-jakoturystka

Cichy bohater mojego dzieciństwa

Babcia.

Patrzysz na nią i widzisz tylko pokryte siatką wspomnień ciało. Przygarbione i drobne lub duże, noszące na swoich barkach ciężar wszystkich przeżytych dni. Każde inne, każde tak bardzo naznaczone historią – swoją, rodziny, regionu, w którym się wychowało, wreszcie kraju. Często historią niełatwą, do której wracają niechętnie nawet po spokojnie przeżytych latach. Przytulam się do niego zawsze po powrocie do domu.

Wczoraj

Gdy zamykam wtedy oczy, pachnie dzieciństwem. Beztroską i długimi, letnimi wieczorami. Lepionymi z miłością pierogami i suszonymi owocami. Domowym ciastem i świeżo skoszonym sianem. Lodami Bambino, orzechowymi chrupkami i kupowaną w małym sklepiku na wsi oranżadą. Dzisiaj ma też zapach zielonej herbaty i kropel miętowych. Leków branych rano i wieczorem. Świeżego powietrza, które łapczywie łyka codziennie podczas spaceru.

Otwieram oczy i słyszę troskę w jej głosie, gdy cicho pyta, co u mnie. Podczas tych historii o dniach, które minęły, odkąd widziałyśmy się ostatni raz, przypominają mi się jej opowieści – o królewnach i królewiczach, o dalekich zamkach nie do zdobycia, o dzieciach, które nie słuchały rodziców – i w duchu żałuję, że te dzisiejsze nie mają w sobie gwarancji happy endu.

Pamiętam też te smutne opowieści, których sens nie zawsze docierał do mnie z całą swoją brutalnością – o wysiedleniu, wojennej tułaczce i rozłące z mężem, o porodzie i wybuchających nad głową bombach, o dziecku karmionym czarną kawą, dobrych i złych Niemcach czy wreszcie o szczęśliwym powrocie do domu i nowym początku w zupełnie innej rzeczywistości.

Dzisiaj

Jak mało kto zna wartość pieniądza. Wie, jak ważna jest pierwsza wypłata. Zwłaszcza gdy wynosi ona 10 groszy, a wiek ciągle można zapisać jedną cyfrą. Jak cenna jest ostatnia krowa sprzedana na lekarstwa dla ciężko chorej osoby i jak boli jej śmierć chwilę później. Lekami nie da się wykarmić rodziny. Miłością też nie, więc szybko uczy się handlu i zostaje specjalistą ds. obsługi klienta. Tego biednego.

W miłości jest stała, bo wie, że warto czekać. Drobnymi dłońmi układała narzędzia w niemieckiej fabryce części do samolotów i czekała na pociąg do domu. Gdy w końcu zatrzymał się właściwej stacji, ten okazał się pusty. Przymusowe roboty zmieniły status na bezterminowe oczekiwanie. Miesiącami kładła się spać i wstawała z nadzieją, że któregoś dnia znów zobaczy w progu ukochanego.

Na buty, w których szedł Dziadek, nie dawali żadnej gwarancji. To oni dali sobie słowo, ważniejsze niż wszystkie pisemne oświadczenia. Byli pewni siebie, tak jak nie jest się dzisiaj pewnym niczego. Całe życie czekała na szczęście, a potem dzieliła się nim z najbliższymi, zakładając dzieciom bezterminowe karty kredytowe. Niestety część z nich nie wytrzymała inflacji i ciągłych skoków cen.

Była moją pierwszą szkołą. Mówiąc o swoim życiu, pokazywała mi wszystkie jego blaski i cienie. Uczyła mnie tabliczki mnożenia i liczenia na palcach. Koślawych rysunków i dziecięcych piosenek. Przedsiębiorczości, szacunku do ludzi i wrażliwości na krzywdę innych. To dzięki jej słowom staram się widzieć w ludziach dobro, nawet jeśli sami utrudniają to zadanie.  

Jutro

Dawałam jej za to wszystko szczerbate uśmiechy, a ona brała je jak najcenniejsze skarby i układała na półkach wspomnień. Dzisiaj, gdy siedzimy czasem przy gorącej herbacie, wyciąga je z mroków pamięci i wspólnie odkurzamy je dla kolejnych pokoleń. Wiem, że czasu nie da się zatrzymać, jednak mam nadzieję, że będą mogły słuchać tych opowieści na dwa głosy.

Zachłannie zapełniam nowe półki w mojej głowie – kto wie, komu niedługo dam do nich klucz…

Justyna

autorem zdjęcia jest Mikael Kristenson