blog Justyny Czebanyk

Na spotkanie przeznaczenia, choćby papierowego

Mijam obcych ludzi na ulicy i zastanawiam się, kim są, co lubią robić, a czego nie znoszą. Wkładam w ich usta kwestie, których nigdy nie wypowiedzieli. Zastanawiam się, gdzie zasypiają i przy kim się budzą. Bawię się ich życiem na papierze, a potem przenoszę je do zimnego ekranu.

Młody, elegancko ubrany chłopak mija na chodniku dziewczynę w czerwonym płaszczu. Uśmiecha się i przepuszcza ją w drzwiach do osiedlowego sklepu. Kupuje wodę i raźnym krokiem wychodzi na oświetlony słońcem plac. W ręku trzyma teczkę z dokumentami.

Zadanie: pisanie historii

Akt I, scena 1

Akcja!

Sebastian – świeżo upieczony absolwent warszawskiej renomowanej uczelni wyższej, dumny posiadacz tytułu magistra kierunku, który miał zmienić świat, prawa jazdy kategorii B i niezliczonej ilości certyfikatów językowych – spotkał się oko w oko z wyzwaniem swojego życia.

Teraz oto, nie wiedzieć czemu pełen otymizmu, chciał znaleźć pracę – ale nie byle jaką, to miała być Praca Jego Życia. Pamiętając frazesy mówiące o tym, że kto czeka z ufnością, wiarą i nadzieją, ten zawsze się doczeka, wyruszył w rajd po biurach potencjalnych pracodawców. Kolejne odmowy nie napawały go optymizmem, ale kto powiedział, że życie ma być wesołe. Nie, życie zdecydowanie nie może być wesołe. To byłoby zbyt proste.

Po tygodniu ciągłego uśmiechania się i powtarzania jak mantry meandrów swojego CV Sebastian nie wiedział, czy bardziej był wściekły na tych idiotów w garniturach, którzy myślą, że mogą wszystko, czy bardziej chciało mu się płakać z własnej głupoty i naiwności. Że też te pięć lat studiów niczego go nie nauczyły. W życiu nie opłaca się być uczciwym – no, może jedynie w stosunku do samego siebie, ale to już zupełnie inna bajka. Zresztą, nie ma co się rozczulać nad samym sobą.

Od tego biegania zrobił się głodny. Raźnym krokiem ruszył więc w stronę pobliskiego baru, gdzie czas zatrzymał się dekady temu, ale ceny są przystępne nawet dla biednego studenta. Swojska nazwa „U Zosi” sprawia, że każdy czuje się tam jak w domu. Sebastian siadł w rozpadającym się fotelu i pozwolił sobie na chwilę wytchnienia.

Myśli swobodnie przepływały mu przez głowę i było to na tyle przyjemne uczucie, że pomyślał, iż jest to jedna z tych nielicznych miłych chwil, kiedy nie musiał nigdzie biec, kiedy mógł spokojnie odpocząć, nie robić nic, oprócz codziennego minimum. „Jak tak dalej pójdzie, to i to minimum obowiązków się zmniejszy” – pomyślał z goryczą. „Gdy nie muszę czegoś robić, to zwyczajnie często tego nie robię. Zawsze wydawało mi się, że nie tylko ja tak mam, ale to może tylko taka wymówka. Jakoś przeżyję te szydercze spojrzenia Ludzi, Którym Się Wiecznie Chce. Dumnie wyryję sobie na czole, że mam niechcieja pospolitego, chorobę na którą najczęściej zapadają uczniowie (w szczególności maturzyści), studenci (zwiększona liczba przypadków odnotowywana jest przed cyklicznie powtarzającymi się co pół roku spotkaniami z Ludźmi Mądrzejszymi Od Nich) i bezrobotni, ale ci ostatni akurat mogą sobie na nią pozwolić”.

Z zamyślenia wyrwał go głos należący do kucharki. Wyglądała ona na kobietę po przejściach, w wieku bliżej nieokreślonym – mogła być zarówno dobrze zachowaną sześćdziesiątką, jak i kiepsko utrzymaną czterdziestką. „Może i mnie czeka podobny los – spędzę życie po drugiej stronie lady, nie zauważając, że prawdziwe życie toczy się obok mnie” – kolejna niewesoła myśl zakwitła w głowie studenta.

Idąc w stronę talerza z parującą cieczą, szumnie zwaną żurkiem, zauważył przechodzącego chodnikiem Janusza, człowieka o nieposzlakowanej opinii, jedynego, któremu udało się pozostać sobą w dzisiejszym świcie tysiąca i jednej maski. Podobno stworzył nawet jakieś biznes, ale w tamtych czasach Sebastian chodził jeszcze w pieluchach i jedyne co go interesowało, to koledzy z podwórka i guma balonowa. No, może jeszcze Kaśka z piątej klatki, ale to była tylko przelotna fascynacja. Minęła, gdy dowiedział się, że kocha się w Martinie z drugiego osiedla. Do tej pory nie wie, kim on był, ale patriotyzm lokalny zwyciężył. Chce obcokrajowca, będzie go miała. Zresztą teraz jest w Anglii na zmywaku, więc jej marzenie spełniło się połowicznie.

Wrócił do stolika i stracił apetyt. Cena zupy dnia może jest i niska, ale dobrze by było, gdyby danie było również smaczne, a przynajmniej zjadliwe. Czekając, aż wystygnie, zaczął rozglądać się wokół siebie, a jego wzrok przemykał po twarzach osób znajdujących się na sali. Kogo dzisiaj interesują sprawy innych ludzi? Każdego interesuje tylko i wyłącznie jego własny tyłek. Czasami, tych bardziej humanitarnych, w drodze wyjątku, interesuje jeszcze tyłek kogoś z najbliższych. Sebastian miał mętlik w głowie. Było mu niedobrze i zapragnął jak najszybciej znaleźć się na świeżym powietrzu.

Myśli uparcie nie chciały zostać przy stoliku, lecz ciągnęły się za ubranym w czarny podkoszulek młodzieńcem. Widać było, że coś go trapi. Może to jednak jest nasze fatum, przeklęte prawo historii? Życie nie może być zbyt łatwe, musimy stale o coś walczyć, by później bardziej to docenić. Dopiero teraz zobaczył, że całe nasze życie, wszystkie marzenia, to, co kochamy i zdobywamy (z niemałym trudem zresztą), dla innych jest nic niewarte. Za kilka lat nasze wspomnienia – nieważne, czy będą to opowieści spod bloku czy relacja z wyprawy na Himalaje – dla obcych będą tylko suchym papierem. W końcu każdy z nas żyje słowem i nie zwracamy już na nie większej uwagi, a i samo słowo jakoś na to nie narzeka.

Sebastian jednego był pewien – trzeba coś zrobić, by zapisać się w pamięci potomnych. Inaczej pozostanie po nas wielka czarna dziura i nawet w podręcznikach nie będą mieli o czym pisać. W świecie białych rękawiczek w dobrym stylu jest bowiem nie zauważać faceta z siekierą. „A co mi tam – pomyślał – będę facetem z siekierą, motyką, a nawet grabiami, jeśli tego wymaga ode mnie sytuacja”.

Z tym postanowieniem szedł na spotkanie swojego przeznaczenia. Jak widać, doświadczenia ostatnich dni niczego go nie nauczyły. Ale może to dobrze… Może trzeba nam takich rewolucjonistów, choćby na swoim podwórku? Zresztą młodzi to jedna z nielicznych grup, która nigdy się nie zniechęca. No, prawie nigdy.

*****

A Ty, jak sądzisz? Jak mógł mieć na imię przypadkowo spotkany chłopak i dokąd mógł zmierzać? Jaka historia kryła się w jego teczce? Może nie poszukiwał pracy, tylko… No właśnie, co podpowiada Ci wyobraźnia? Rozruszaj wiosennie swój umysł – będzie Ci za to wdzięczny.

Justyna

autorem zdjęcia jest Dom J

  • Wiesz, poczułam się zaintrygowana 🙂 Ostatnio wykonywałam trochę inne ćwiczenia pisarskie, ale może dla odmiany dziś wieczorem spróbuję sama poprowadzić jakoś tę historię. Mam nadzieję, że umysł podpowie mi bardziej optymistyczną wersję wydarzeń 🙂

  • Ale fajna historia 🙂 miłoby było doczekać się kontynuacji 😀

  • Naprawdę świetna historia, zgodzę się z koleżanką wyżej. Może rzeczywiście napiszesz, co było dalej? 😉 Nie lubię, jak pozostawia się mnie z niedosytem, zwłaszcza literackim 😉

  • Ciekawa i intrygująca historia, która zmusza do przemyśleń. 😉

  • Ciekawie się zaczęło. Jeśli nie wypadnie mi z głowy, to na pewno chętnie przeczytam o dalszych losach Sebastiana. Może porzuci swoje zamiary i zostanie królem ortalionu?

  • Ciekawe bardzo mnie zainterowalo mam nadzieje że będzie kolejna część Pozdrawiam

  • Sebastian tak naprawdę był Mateuszem,który wykorzystał swój młodzieńczy widok do tego by dobrzez poznać konkurencyjną firmę. Dostał odgórny przykaz, że ma poznać wroga od środka,dlatego zmierzał na rozmowę o płatny staż… 🙂